„Andrzej Grabowski? A, to ten taki ładny blondynek…”: Kończy dziś 67 lat

Dla jednych Ferdek Kiepski ze „Świata według Kiepskich”, dla innych Gebels z „Pitbulla”. Andrzej Grabowski opowiada nam, dlaczego musiał powtarzać trzeci rok szkoły aktorskiej, jak się czuł, kiedy media go uśmierciły, i czego zazdrościł Jerzemu Kryszakowi. Przekonuje też, że twardzielem bywa raczej na ekranie.

Kręci pan właśnie trzeci film z rzędu. Nie jest pan zmęczony?

– Nie, czasem niewyspany. Potrafię pracować przez dwanaście godzin, wsiadam w samochód i następnego dnia, w nowym miejscu, jestem znowu gotowy do zdjęć. Niedawno kręciliśmy z Krystyną Jandą „Damy i huzary”.

Jeździłem do Wrocławia, stamtąd wracałem do Warszawy. Przyjeżdżałem o drugiej nad ranem, wstawałem o piątej i graliśmy. Potem do Krakowa na spektakl i znowu do Warszawy.

Oczywiście, czasem jestem znużony, ale nie do tego stopnia, że potrzebowałbym wczasów. Że chciałbym wyjechać na tydzień i nic nie robić. Może jeden dzień bym wytrzymał, ale na drugi, trzeci już by mnie nosiło. Nie wiem, czy to jest pracoholizm, być może tak.

Pamiętam, że kiedyś już sam się z siebie śmiałem. Miałem dwa dni wolnego, łaziłem po domu. Przeczytałem trochę książki, ale mnie to denerwowało. Czytam książkę, więc czas marnuję, prawda? (śmiech)

A przecież powinienem pracować. Na drugi dzień nie wytrzymałem, wsiadłem do samochodu i zacząłem jeździć, tak bez sensu. Ponieważ jak jadę, to mi się wydaje, że ja jadę gdzieś do pracy. A jak już pracuję, to się uspokajam, już jest dobrze. (śmiech)

Zawsze pan tak miał?

– Nie do tego stopnia. Może teraz to jakiś podświadomy strach przed tak zwaną starością. Przed tym wiekiem, w którym już nie będę miał siły na pracę, nie będę miał możliwości. Bo możliwości aktora też się kończą. Chociażby ze względu na jego fizyczność, pojawienie się problemów z chodzeniem czy z pamięcią.

Bardzo możliwe, że to jest ta podświadomość.

.

A lubi pan swoje zmarszczki?

– Wie pani, nic mnie one nie obchodzą.

Właśnie tak myślałam.

– Mam je gdzieś. To znaczy mam je na twarzy.

Skąd się u pana biorą?

– Przypuszczam, że z mimiki. Tyle min, co ja się w życiu nastroiłem… To musiało pozostawić jakiś trwały ślad. No i mam parę blizn.

Wiążą się z jakimiś szczególnie ciężkimi przeżyciami?

– To są bardzo miłe ślady, pamiątki po młodości. Czasem po jakiejś bójce.

O co się pan bił?

– Proszę pani, zawsze w obronie honoru kobiety. (śmiech)

Zdradzi pan okoliczności?

– Nie.

Wraz z wiekiem przybywa panu tych blizn?

– Nie, przybywa za to zmarszczek.

Jak się domyślam, nie zamierza ich pan wygładzać.

– Ależ skąd. Pamiętam, jak na początku lat 90. grałem w pewnym niemieckim filmie. Zapytałem charakteryzatora, czy w Niemczech mógłbym tę bliznę zlikwidować. Powiedział, że tak i zapytał: Tylko po co? Przez tę bliznę jesteś charakterystyczny, można cię po niej rozpoznać. Zresztą co będziemy o mojej brodzie rozmawiać…

.

To porozmawiajmy o tym, co można z pana twarzy wyczytać.

– Cierpienie, jak pisał Młynarski. „Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę”. No co ja mam w twarzy? Cierpienie, cierpienie, cierpienie…

Ja dobroduszność jakąś dostrzegam. Słusznie?

– Myślę, że tak.

I spokój.

– Tak, może teraz tak. Ale to wszystko z wieku wynika, moim zdaniem. Wie pani, taki ze mnie już dobry dziadek… Napił się dziadek dobrego winka, gonił babunię koło kominka. Ja też po ciepłym winku się zamieniam w dziadka, co to wnuki pogłaszcze, kotek mu wskoczy na kolana… (śmiech)

Trochę pan chyba kokietuje.

– Oczywiście!

Bo skojarzenie z dziadkiem, pan wybaczy, ale mi się nie nasuwa.

– I bardzo pani za to dziękuję. Powiedziała pani, że we mnie jest spokój. Czy ja wiem? Zacytuję pani taki wiersz Jesienina, mojego ukochanego poety: Usiądź przy mnie blisko miła, spójrz mi w oczy aż do głębi, by w twych oczach się odbiła zamieć co się we mnie kłębi. No więc we mnie kłębi się zamieć, tylko że niekoniecznie zawsze to już na mojej twarzy widać.

I pan, świetny aktor, ma z tym jakiś problem? Mówi się, że dojrzały mężczyzna jest jak wino.

– Dobrze, że pani powiedziała, że tak się mówi. Choć czasem tak jest. Ale uważam, że kobieta też może być jak wino. To wszystko zależy od tego, co się robiło przez całe życie.

Oczywiście łatwiej jest aktorom, tak zwanym charakterystycznym, którzy nie grali amantów do pięćdziesiątki, bo później nagle nie wiedzą, co grać. Zawsze grali ładnych chłopaków, a już nimi nie są. Mieliśmy takie przykłady w polskim teatrze.

Na wieki wieków amant, jak o takich mówili. Holoubek podobno powiedział kiedyś Andrzejowi Łapickiemu: Wiesz Andrzej, ty jesteś tak ładny, że powinieneś zostać fryzjerem. Wtedy panie by do ciebie przychodziły i mówiłyby: „Pan jest tak piękny, że mógłby pan zostać aktorem”.

Pan takiej łatki nie dostał.

– Nie, mnie jest łatwiej. Płynnie przechodzę z dekady w dekadę. Nigdy nie mówiono o mnie: Andrzej Grabowski? A, to ten taki ładny blondynek… Zresztą niewiele mówiono o mnie w ogóle, do pewnego czasu. Zawsze było: A, to ten, który takiego gbura gra w „Kiepskich” albo bandytę w „Odwróconych”. Więc takim aktorom jest łatwiej, o ile im się w życiu udało.

.

Bo jest wielu fantastycznych, którym się nie udało. I nawet nie problem biedy jest dla nich największy, ale problem zawiedzionych nadziei. Przecież nie po to się zostaje aktorem, żeby siedzieć w domu, żeby wylądować gdzieś… ja nie chcę nikogo obrażać, ale gdzieś na głębokiej prowincji i przy okazji jeszcze klepać biedę.

No tak, ale pan raczej nie żyje zawiedzionymi nadziejami.

– Proszę pani, zawsze mogłoby być lepiej. Choć oczywiście ja Bogu dziękuję za to, co jest. Ale jak mnie ktoś zapyta, czy ja się już czuję spełnionym aktorem, mówię „nie”. Bo zawsze może się jeszcze coś wydarzyć. Coś, o co ja sam siebie nie podejrzewam.

Mogę dostać chociażby rolę Gebelsa, jak 12 lat temu. Zawsze jest szansa, że coś się jeszcze w tym życiu trafi. I ja to lubię. Lubię być w ciągłym ruchu, mimo że narzekam czasem okropnie…

Na co?

– Że mam tego dosyć. Ale to moja głupota narzeka, nie ja. Ktoś, kto nigdy nie był na planie, nie wie, co to znaczy grać przez dwanaście godzin. To jest naprawdę bardzo, bardzo ciężka praca. Czasem więc mówię do kierowników produkcji: – No nie, kochani, przepraszam, ale pracujemy już dwanaście godzin. No nie, dajcie spokój, kończymy. A w duchu sobie myślę:

– E, z pięć godzin mógłbym jeszcze popracować. Ale lepiej odpocząć albo zjeść dobrą kolację. Chociaż nie, teraz to już nie jadam kolacji. Jadam znacznie mniej, niż jadałem. Byłem właśnie z żoną na obiedzie, zjadłem pizzę i tyle.

Dawniej jeszcze oprócz pizzy zamawiałem kalmary, deser. Potrafię już powiedzieć sobie „nie”. Tak mi się przynajmniej wydaje. (śmiech)

Rzeczywiście, gdy rozmawialiśmy na planie nowego „Pitbulla”, latem zeszłego roku, wyglądał pan inaczej…

– No właśnie mówię, że jestem dużo szczuplejszy. Od sierpnia zrzuciłem około dziesięciu kilo. I mam nadzieję, że jeszcze z piętnaście, a właściwie osiemnaście zrzucę. Jak rozmawiałem z Patrykiem Vegą przed rozpoczęciem zdjęć, powiedziałem mu:

– Patryk, żadnych biegów, żadnych wysiłkowych historii. Bo ja mam, wie pani, dwa sztuczne biodra. Patryk na to: – Jakbyś podbiegł z 5, 10 metrów i sobie postrzelał trochę. Mówię: – No dobrze, tyle mogę.

Poza tym, jeśli ja jakąkolwiek siłę w tym aktorskim przekazie posiadam, to przecież nie w fizycznych ekwilibrystykach, tylko raczej właśnie w gadaniu, w dialogowaniu, w tych bliższych planach. A nie że ja ze schodów zeskoczę, coś tam przeskoczę, fikołka zrobię. To już nie. Zresztą nigdy taki nie byłem.

1

.

2

.

Gebels chce nadal zmieniać świat, czy już mu się znudziło?

– Nie znudziło. Myślę, że nadal jest tym dobrym policjantem, fachowcem, który wykonuje swoją pracę. To jest jego praca, a nie hobby. Ja też często, kiedy ludzie mnie pytają, czemu gram Ferdka Kiepskiego, odpowiadam:

– Bo to jest moja praca, a nie hobby. Mam jeszcze inne role, jak pan chce, to niech pan ogląda, a jak pan nie chce, to niech pan ogląda tylko „Kiepskich”.

Ja sam stale się zmieniam. Raz jestem łysy, a raz zarośnięty, tak jak teraz, bo za tydzień jadę do „Kiepskich”. Z kolei na planie u Agnieszki Holland muszę się przylizać trochę i golę brodę. Moje życie tak płynie…

Czyli zmienia pan fizjonomię zależnie od roli, co jest zrozumiałe.

– Właśnie niekoniecznie zawsze zrozumiałe, bo są aktorzy, którzy ciągle zmieniają fizjonomię, którzy ukrywają siebie za charakterystycznością, tak jak na przykład ja czy Tadeusz Łomnicki. Przepraszam – nie porównuję siebie z tym wielkim aktorem. Gustaw Holoubek z kolei – nie. On prezentował zawsze siebie.

Zawsze był Holoubek w różnych rolach i w różnych kostiumach. Nie mówię, że jedno jest dobre, a drugie złe. Ja po prostu nie czuję, że Andrzej Grabowski jest na tyle ciekawą postacią jako Andrzej Grabowski, żebym ja ciągle go prezentował.

Naprawdę?

– Ja się wolę ukryć za kimś. Wolę, żeby odpowiedzialność za tego człowieka wziął ktoś inny, czyli bohater, którego kreuję.

A dlaczego?

– Nie wiem. To prawdopodobnie kwestia charakteru. Wie pani, wszystkie role, które grywam, są charakterystyczne. Nie pamiętam, żebym grał Andrzeja Grabowskiego, żebym nic nie dołożył.

Kiedy kilkanaście lat temu dostałem od Patryka propozycję zagrania Gebelsa, byłem w szczycie popularności „Kiepskich”. I bardzo chciałem zagrać w „Pitbullu”. Pomyślałem sobie: – To jest właśnie rola, dzięki której mogę pokazać, że ja to nie tylko Ferdek.

I kombinowałem, co zrobić, żeby nie być Ferdkiem. Zmienić się fizycznie? Owszem, bardzo dobrze. Mogę być łysy, bez wąsów. Ale przede wszystkim przeobrazić się mentalnie. Tak żeby nie było śladu Ferdka.

Zatem jaki jest Andrzej Grabowski, który się ukrywa za swoimi bohaterami? Małomówny?

– Ja wiem? Coraz więcej gadam, i to mnie martwi, a jednocześnie coraz mniejszą mam ochotę na alkohol. I to też mnie martwi. (śmiech)

.

Może to u pana właśnie objaw dojrzałości?

– Ale że co? Że wódka mi przestała smakować z wiekiem? Nigdy jej znowu przesadnie dużo nie piłem. Ale zawsze byłem gotowy i chętny.

A teraz już nie?

– Teraz muszę naprawdę chcieć. I muszę być w nastroju.

Widzę pewną analogię. Gebels to już też inny człowiek. Spokojniejszy, pogodzony z życiem.

– Gebels jest facetem starszym o te 12 lat od Gebelsa z pierwszego „Pitbulla”. A 12 lat w moim wieku to już czyni różnicę…

W każdym czyni.

– Tak, ale wie pani, pomiędzy 32 a 44 nie jest ona tak duża, jak pomiędzy 52 a 64. A w tym wieku, jak mój wujek ukochany mówił, cudów ni ma. Pytałem go: – Wujek, jak się masz?, a on odpowiadał: – W tym wieku cudów ni ma, bo to Krakus był. I faktycznie, nie ma.

Żeby już skończyć temat wieku – w 2014 roku pojawiła się informacja, że pan nie żyje. Jak się pan czuł?

– Kompletnie nijak, może dlatego, że żyłem. Wie pani, tygodniami do maila nie zaglądam. Nie ma potrzeby. Spamy, reklamy, jeden mail na dziesięć to jakaś wiadomość, zwykle prośba o autograf czy zdjęcie.

Albo żebym zagrał w filmie młodego człowieka, pięć dni, oczywiście za darmo. Czasem zdarza mi się zagrać u takich młodych ludzi. Ostatnio dwa dni, za darmo. Scenariusz mi się spodobał, poza tym rola siedząca. (śmiech) Myślę sobie, a czemu nie?

A wracając do informacji o mojej rzekomej śmierci – jak już do mnie dotarła, to od razu dzwoniłem do córek i żony, żeby się nie przejęły, bo to bzdura. Kiedyś miałem wypadek rzeczywiście i nieprzytomnego mnie zgarnęli helikopterem do szpitala.

Zaraz jak się obudziłem, złapałem za telefon i dzwoniłem do córek. Jedna z nich czytała, że jestem w ciężkim stanie, więc ją uspokoiłem, że tylko łeb mam rozcięty i wstrząs mózgu.

.

I kolejna blizna doszła.

– Tak, ale nie widać jej pod włosami. Choć w „Pitbullu” coś tam widać, bo wygolony jestem. O, i tu na łokciu coś mam…

Facet po przejściach z pana.

– Każdy jest po przejściach. Zależnie od tego, co się za przejścia uważa. Dla jednego to jest rozbicie szklanki mleka czy skaleczony palec. To relatywne bardzo.

Pan miał naprawdę ciężkie przejścia?

– Mój sposób myślenia zmieniło to, jak musiałem powtarzać rok w szkole teatralnej. Dostałem się do niej, mając 17 lat, byłem młody i poszedłem tam nie po to, żeby zostać aktorem, ale żeby tam być. Bo fajne dziewczyny, bo w akademiku życie jak w Madrycie.

I przez trzy lata kompletnie nic nie robiłem, poza tym, że chodziłem czasem na zajęcia. I końcu trzeci rok kazali mi powtarzać. Usłyszałem, że dostaję dwóję nie dlatego, że nie będę aktorem, tylko dlatego, że jestem za głupi, by tę szkołę skończyć teraz. Nie wierzyłem. Poczułem się jak tuman, jak ten gorszy. I wtedy sobie postanowiłem, że w miejsce dwói będę miał piątkę. I miałem.

Mnie w życiu w ogóle więcej nauczyły niepowodzenia niż powodzenia. Po studiach trafiłem do Teatru Słowackiego w Krakowie z Jurkiem Kryszakiem. Wiadomo było, że albo on zacznie grać, albo ja. Mieliśmy wtedy bardzo podobne warunki. No i on zaczął grać…

Nauczyłem się nawet „Ułanów” Rymkiewicza. Wtedy podobała mi się rola porucznika i byłem przekonany, że to ja ją dostanę. A to Jurek ją dostał, więc wkurzyłem się i poszedłem do teatru w Tarnowie. Dobrze zrobiłem, bo tam grałem wszystko. Ale to było moje drugie niepowodzenie.

Kolejnym było wyrzucenie mnie ze Starego Teatru przez Krystynę Meissner. Że niby redukcja etatów i niby żaden reżyser nie chce ze mną pracować.

Tak nagle?

– Tak. Ja, wzięty do Starego Teatru po gościnnych występach, tu nagroda, tam nagroda. I nagle wywalony. Uczucie porażki. Ale bardzo dobrze się stało. Gdybym przeszedł przez szkołę, nie powtarzając roku, to pewnie byłbym swawolnym Dyziem, świszczypałą, szaławiłą. Gdyby mnie Meissnerowa nie wyrzuciła, to pewnie nie wziąłbym „Świata według Kiepskich”, bobym uważał, że nie wypada mi grać w sitcomie.

Niepowodzenia znosi pan dzielnie. Uważa się pan za twardziela?

– Wie pani, kto mnie zna prywatnie, raczej mnie twardzielem nie nazwie. Bardziej kimś, kto trochę lubi żyć przeszłością, kimś sentymentalnym. I dowcipkującym cały czas właściwie. Ale rzeczywiście, poza Kiepskim zwykle gram twardych facetów.

Choć pan taki nie jest.

– No nie. Ale też nie jestem taki jak Ferdek. Choć na pewno jestem uparty. Zresztą aktor, który nie jest po części egocentrykiem, egoistą i uparciuchem, dbającym o siebie, pewnym siebie facetem, powinien przestać być aktorem. Na scenie, na próbach to jest walka wilków. Każdy ciągnie do siebie. I tak być powinno.

.

Witold Rowicki, dyrektor Filharmonii Narodowej, dał kiedyś taką radę młodym dyrygentom: Nie staraj się zadyrygować lepiej niż inni, bo zadyrygujesz gorzej, niż potrafisz. I to się odnosi do wszystkich ludzi, a szczególnie do parających się tak zwaną sztuką. Nie staraj się zagrać lepiej od innych, bo zagrasz gorzej, niż potrafisz. Nie staraj się być lepszy niż twój kolega.

Pan jednak chciał być lepszy od Kryszaka.

– Ja chciałem być najlepszy. Lepszy w ogóle, od wszystkich. Tylko moje możliwości czasem do tych szczytnych celów nie dostawały. Może warto chcieć trochę mniej, ale będzie to lepsze niż prezentowanie swoich braków czy małości…

A w życiu prywatnym wpisuje się pan w stereotyp faceta? Dom pan wybudował…

– Tak, studnię wykopałem, drzewko zasadziłem, dzieci mam. Żona jest.

Czyli jest pan ustatkowany? Czy też pana obrażam w tej chwili?

– Nie bałbym się nowych wyzwań, jeżeli takie by się pojawiły. Taka jest moja odpowiedź na tę pani prowokację. (śmiech)

Czeka pan na coś nowego?

– Nie czekam. Może mi się coś nowego zdarzyć, a jeżeli nie, to też się nic nie stanie. Nie jest tak, że ja żyję nadzieją na coś, co będzie. Nie. Ale jak się pojawi, chętnie to wykorzystam.

Są ludzie, którzy walczą, mają wyznaczone cele. Ja nigdy takich celów nie miałem, oprócz jednego: żeby zagrać tego porucznika w sztuce Rymkiewicza. Od tego momentu, gdy go nie zagrałem – i bardzo dobrze – postanowiłem, że nie będę więcej marzył o żadnej roli. Jak przyjdzie, to dobrze.

To zawodowo. A życiowo?

– Wierzę, że życiem rządzą przypadki. Moje życie to pasmo przypadków. Poddaję się jego nurtowi, ale oczywiście selekcjonuję, jakie ryby z tej rzeki wyłowię. Jedną zjem, a drugą wypuszczę. Nie wiem, czy potrafiłbym sam sobie życie urządzić.

I czy tak w ogóle się da. Przecież ostatecznie opatrzność czy przypadek, obojętnie jak to nazwiemy, wedrze się w nasze życie i zrobi coś takiego, co je wywróci do góry nogami.

Zobacz także: Świat według Kiepskich” sprawił, że cała Polska poznała postać Ferdka Kiepskiego, w którego wciela się Andrzej Grabowski. Po latach karierę aktorską robią również córki aktora. Fani twierdzą, że kobiety nie są do siebie bardzo podobne.

Więcej: Koniec z piwnym brzuszkiem tak bardzo charakterystycznym dla postaci Ferdka.

Share