„Wiosna to nie jest organizacja pozarządowa, żeby dyskutować do upadłego, to wojsko”: Mówi dr Krzysztof Śmiszek

– Wszedłem do polityki godząc się z tym, że szef jest tylko jeden i jest nim Robert. Wiosna to nie jest organizacja pozarządowa, żeby dyskutować do upadłego. To wojsko – mówi dr Krzysztof Śmiszek. Według nieoficjalnych informacji na temat ma być jedynką Wiosny w wyborach do Parlamentu Europejskiego w województwie dolnośląskim i opolskim.

Anna Dryjańska: Czy to prawda, że będziesz jedynką na liście Wiosny we Wrocławiu i Opolu?

Dr Krzysztof Śmiszek: Jeśli taka będzie decyzja Wiosny, to wystartuję. Decyzja będzie ogłoszona przez Wiosnę 23 marca na konwencji europejskiej. Po moim ostatnim spotkaniu w Brzegu mogę powiedzieć, że ziemia dolnośląska i opolska to wspaniała, otwarta ziemia, gdzie mieszkają ciekawi świata ludzie. Miasta takie jak Wrocław, Opole, Legnica, Świdnica czy Wałbrzych potrzebują więcej atencji i więcej zaangażowania i pracy wybieranych stamtąd europosłów. Jestem gotowy pracować na ich rzecz.

Decyzja Wiosny? Raczej decyzja Roberta Biedronia.

Wszedłem do polityki godząc się z tym, że szef jest tylko jeden i jest nim Robert. Wiosna to nie jest organizacja pozarządowa, żeby dyskutować do upadłego. Partia polityczna musi być też zdyscyplinowana. Jak wojsko.

W internecie padają zarzuty, że wchodzisz do polityki jako partner Roberta Biedronia, po znajomości. Że gdyby nie on, nie byłoby cię tu, gdzie jesteś.

Nie nazwałbym tego zarzutami, tylko głosami niektórych twitterowych dziennikarzy. Mam 40 lat i duży dorobek naukowy i społeczny. Pół życia poświęciłem działalności w organizacjach pozarządowych. Wykładam na wyższych uczelniach, publikuję. Jako prawnik walczę o prawa obywatelskie i prawa człowieka od lat. Teraz postanowiłem zrobić krok dalej. Sugerowanie, że jestem wzięty z łapanki, jest obraźliwe. Także dla spraw społecznych, którymi się zajmuję.

Jakoś mało mówi się w taki sposób o senatorce Barbarze Zdrojewskiej, żonie byłego ministra Bogdana Zdrojewskiego, albo o Ewie Malinowskiej-Grupińskiej, przewodniczącej Rady Warszawy, żonie Rafała Grupińskiego, przewodniczącego klubu PO. Różni nas tylko to, że oni są w dwupłciowym, a my w jednopłciowym związku. Może to budzi to zainteresowanie?

No i na koniec przecież to wyborcy i wyborczynie zdecydują, czy będę w polityce, czy też nie.

Jak to jest być parą w życiu osobistym i politycznym?

To niezła jazda. Zupełnie nowa sytuacja. Co prawda w Wiośnie każdy z nas ma swoją „działkę”, ale i tak polityka wchodzi do naszego domu drzwiami i oknami. Nie pamiętam, kiedy przy kolacji nie rozmawialiśmy o Wiośnie, budowaniu struktur, wyborach… Wspólne wyjście do kina graniczy z cudem. To bardzo intensywny czas. Do wyborów zostało tylko 9 tygodni. Napięcie jest nieuchronne.

Kłócicie się?

Staramy się tego nie robić. Tak jak mówiłem, to Robert ostatecznie podejmuje decyzje polityczne. To on jest liderem partii i ma znacznie większe doświadczenie niż ja. Od początku miałem tego świadomość. Na szczęście nie jest przywódcą autorytarnym, pyta o zdanie, chce zrozumieć, konsultuje się. Pyta mnie co myślę, ale ostatecznie robi co uzna za słuszne. Bo to on bierze na siebie największą odpowiedzialność. Inna sprawa, że my już wcześniej rzadko się kłóciliśmy. W ciągu 17 lat mieliśmy chyba tylko z pięć poważnych sporów.

Serio, nic? Zero grania sobie na nerwach, zniecierpliwienia, zmęczenia?

Robert może być zmęczony, bo często pytam go o radę w sprawie wystąpień na konwencjach lub w mediach. Ale stara się być cierpliwy (śmiech).

Poseł Robert Winnicki z ruchu nacjonalistów złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Chodzi o sfinansowanie konwencji założycielskiej Wiosny na Torwarze. Jakich efektów postępowania się spodziewasz?

Jestem spokojny, bo wszystko było zgodne z prawem. Nie zapisałbym się do partii, która łamie przepisy. Pieniądze na konwencję pochodziły od darczyńców, jej organizacja kosztowała ok. 400 tys. zł. Sam też wpłaciłem pieniądze na Wiosnę. Nie ma tu więc żadnej sensacji, to normalny sposób finansowania partii politycznej.

Normalne jest też, że przy organizacji tak dużego przedsięwzięcia jak konwencja, wynajmuje się podwykonawców. Przecież partia nie będzie bezpośrednio kupować każdego balonika i każdej przypinki. Jest za to chęć zaistnienia przez narodowców, którzy boją się popularności Wiosny wśród młodych ludzi.

Sugerujesz, że walczycie o ten sam elektorat? Przecież trudno wyobrazić sobie odmienne wizje Polski, niż koncepcja Wiosny i nacjonalistów.

Duża część młodzieży jest niezdecydowana i to do nich Wiosna chce dotrzeć ze swoim programem. I to nam się udaje, o czym świadczą ostatnie sondaże. Stąd strach nacjonalistów i próba atakowania silniejszego. Jesteśmy transparentni, nie boimy się kontroli.

Czy po wejściu do polityki coś się zaskoczyło? Rozbawiło? Zabolało?

Trochę boli to, że niektórzy ludzie, z którymi jeszcze kilka miesięcy temu protestowałem pod Sejmem lub przed budynkiem sądu, teraz się usztywnili. Zdarzają się nawet tacy, którzy piszą mi gniewne wiadomości, że pracuję za pieniądze z ich podatków. A to nieprawda, bo nie jestem posłem.

Na czym byś się skupił, gdybyś kandydował i został wybrany do Parlamentu Europejskiego?

Chciałbym wprowadzić mechanizm, który uszczelni monitorowanie praworządności w krajach Unii Europejskiej. Chodzi o to, by kontrola przestrzegania rządów prawa w każdym kraju UE była częstsza i silniejsza, a nie żeby wszyscy budzili się dopiero wtedy, gdy pojawi się kolejny Orban lub Kaczyński. Wtedy bywa już za późno. Lepiej zapobiegać, niż leczyć.

Ważne są też dla mnie kwestie dotyczące praw konsumentów. Bo jako konsumenci jesteśmy słabszą stroną obrotu gospodarczego i należy tworzyć takie prawo, aby chroniło nas przed wielkimi korporacjami.

PiS i jego koalicjanci nazwaliby twoje plany donoszeniem na Polskę.

Nie interesuje mnie ich opinia. Dla mnie ważne jest, by w moim kraju panowały rządy prawa. I jeśli zostałbym europosłem, nie wyciągałbym karty do głosowania, gdy chodzi o Polskę.

Share