Doskonale wiem, że życie pisze różne scenariusze. Niech będzie, co ma być

Lucyna Malec, gwiazda serialu „Na Wspólnej”, od 20 lat sama wychowuje niepełnosprawną Zosię. Zanim pogodziła się z jej chorobą, musiało upłynąć wiele lat.

Wie, że w każdej sytuacji, nawet tej najgorszej, należy wziąć się w garść i zmierzyć z problemami. A tych w życiu Lucyny Malec nie brakowało. Jej córka Zosia urodziła się z porażeniem mózgowym i otrzymała po urodzeniu tylko 4 punkty w 10-stopniowej skali Apgar.

.

Od początku aktorce pomagają siostry i ich mężowie. Lucyna Malec jeździ z Zosią na Kretę wraz z aktorem Pawłem Wawrzeckim, który także opiekuje się niepełnosprawną, dorosłą córką. – Jest nam razem bardzo wesoło, nasze dzieci czują się tam szczęśliwe, pływają w ciepłej wodzie – zdradza aktorka.

Jej córka potrzebuje jednak ciągłej rehabilitacji, która łagodzi skutki choroby. Na co dzień dziewczynka jest podopieczną Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”.

To dla aktorki ogromne wsparcie nie tylko finansowe, ale również psychiczne. Dzięki temu nie czuje się tak osamotniona. O rozstaniu z ojcem Zosi mówi niechętnie.

Jest prawnikiem, poznali się pod koniec lat 80. Podczas zbioru truskawek w Szwecji. Do Polski wrócili już jako para. Pobrali się dopiero po 10 latach związku, gdy Lucyna Malec spodziewała się dziecka. Została sama, gdy okazało się, że Zosia jest chora. „Na Żywo” aktorka opowiedziała o swojej samotności i największej wartości, jaką przekazali jej rodzice.

.

Podobno jest pani oazą spokoju – zawsze opanowana, cierpliwa. To prawda?

Lucyna Malec: – Czasem zdarza mi się wybuchnąć. Miewam też różne nastroje. Nie bez powodu mówi się przecież, że kobieta zmienną jest…

Ale zwykle emanuje pani dobrą energią. Skąd ją pani czerpie?

– Sama nie wiem. Może dlatego, że po prostu staram się patrzeć z optymizmem w przyszłość?

A przecież los pani nie oszczędzał…

– Spotyka nas wiele zdarzeń, na które kompletnie nie mamy wpływu. Trzeba je zaakceptować, tak po prostu. Bardzo długo wierzyłam, że życie wygląda jak hollywoodzki film, gdzie wszystko kończy się happy endem. Dziś wiem, że tak nie jest.

Pani córka, Zosia, urodziła się z porażeniem mózgowym. Dzisiaj ma już 20 lat, ale dopiero niedawno publicznie opowiedziała pani o jej chorobie…

.

– To, jak wygląda moje życie, mogą zrozumieć tylko ci rodzice, którzy też mają niepełnosprawne dziecko. Dlatego dopiero teraz zrobiłam wyjątek i powiedziałam o tym w wywiadzie. Miało to związek z protestem opiekunów osób niepełnosprawnych. Rozumiem ich, bo jestem w podobnej sytuacji. Mówiąc publicznie o chorobie Zosi, chciałam im pokazać, że się z nimi solidaryzuję.

Nie ma pani u swego boku mężczyzny. Samotność nie doskwiera?

– Ona jest częścią naszego życia. Co więcej, samotność jest nam czasem potrzebna. W wielu momentach rozmowa z samym sobą człowiekowi bardzo pomaga. Zresztą nie czuję silnej potrzeby, by mieć kogoś obok. Zosia jest dla mnie najważniejsza.

Chciałaby pani jeszcze się kiedyś zakochać?

.

– Nie mam już 20 lat, żeby czekać na miłość życia… Ale doskonale wiem, że życie pisze różne scenariusze. Niech będzie, co ma być. Może jeszcze wiele przede mną…

Co robi pani w najtrudniejszych chwilach? Poddaje się czy wręcz przeciwnie?

– Różnie z tym bywa. Czasem dobrze jest sobie popłakać, a innym razem choćby spotkać się z bliskimi, rozerwać się. Najważniejsze, aby się nie poddawać. Uważam, że w każdej sytuacji, nawet tej najtrudniejszej, należy wziąć się w garść i zmierzyć z problemami. To rozsądne wyjście.

Niektórzy szukają ucieczki od problemów, np. w pracy…

– Praca daje mi przede wszystkim ogromną satysfakcję. Poza tym jest sposobem na zarabianie pieniędzy. Grając, mogę się oderwać od rzeczywistości, zapomnieć o problemach, ale nie jest to żadna ucieczka.

Jakie wartości wyniosła pani z rodzinnego domu?

– Przede wszystkim to, że należy mówić prawdę. Mój tata zawsze powtarzał, że lepsza jest najgorsza prawda niż najpiękniejsze kłamstwo. I ta właśnie zasada najbardziej utkwiła mi w pamięci.

Share