„Poznajcie milionera”: Władysław Grochowski z 1700 zł emerytury

Jak człowiek, który wziął urzędnika skarbowego za chabety i wyrzucił ze swojego biura, może być ciągle uśmiechnięty? – ta myśl krąży mi po głowie przez całą rozmowę z właścicielem koszar, pałacu, folwarku, zamku, fabryki papierosów, stada danieli, a niedługo także więzienia. Władysław Grochowski to nie jest standardowy polski biznesmen.

– Młodzi to mają trudniej dzisiaj – stwierdza w pewnym momencie. Poprawiam, go że chyba jednak łatwiej. Ale on idzie w zaparte. 66-latek, który do pierwszej pracy poszedł 62 lata wcześniej, a już w liceum zarabiał na swoje utrzymanie, narzeka, że dziś młodzi są dobrobytem rozpieszczeni.

– Z przykrością muszę stwierdzić, że trudno im dziś nauczyć się etosu pracy. Nie mają motywacji. Mają już wszystko. Oczywiście nie mówię o wszystkich, są jeszcze tacy których trudno z pracy wygonić, ale tak ogólnie to mamy problem – mówi nam Grochowski.

I podaje przykład. Kilka dni temu szukał pracowników do swojego hotelu w Częstochowie. Zgłosiły się trzy panie i żadna nie chciała pracować legalnie. Wolały na czarno, by móc dostać 500+ i inne świadczenia. – Państwo psuje nam rynek i młodych. Ludziom musi być strasznie smutno żyć z taką roszczeniową postawą – mówi.

Jeśli rzeczywiście uśmiech na twarzy Grochowskiego pojawia się tylko po ciężkiej pracy, to musi być naprawdę zapracowany. Pod gęstymi wąsami, które są jego znakiem rozpoznawczym, obecny jest przez całą rozmowę. W swoim życiu był już rolnikiem, samorządowcem, a nawet fotografem. Z tym ostatnim zajęciem już się rozstał. Dlaczego? Bo dziś wszyscy robią zdjęcia.

– Od dziesięciu lat nie miałem w ręku aparatu – mówi.

– Bo pewnie telefonem pan dziś portrety robi – stwierdzam.

Grochowski tylko się uśmiecha i z kieszeni wyjmuje telefon na oko dziesięcioletni. A może jednak starszy? Aparatu w nim rzeczywiście nie ma. Zanim rzucił fotografię, wybrał nietypowe dla siebie studia – chciał zostać filmowcem. Jak mówi, łódzką filmówkę wybrał tylko dlatego, że nauczycielka mówiła mu, że się tam na pewno nie dostanie. No więc poszedł i z miejsca go przyjęto.

– Ja się nigdy nie uczyłem, więc na szczęście szkoły mnie nie zepsuły – mówi.

Na roku studiował m.in. z Juliuszem Machulskim, ale wybrał inną drogę niż reżyser „Seksmisji”. Biznesową. Jego firmy – głównie kontrolowane przez Grupę Arche – budują mieszkania, stawiają hotele, wynajmują biura, robią meble, prowadzą bary, a nawet hodują daniele. Od kilku lat deweloper stawia na rewitalizację starych budynków.

Jak sam mówi – tylko tych, których nikt inny kupić już nie chce. Jeździ po Polsce, ogląda, czyta, a jak mu się coś spodoba, to kupuje. Biznesplan? A skąd. Po prostu czuje nosem, że dana lokalizacja świetnie się sprzeda. Pragnący odpoczynku od zgiełku wielkomiejski klient znajdzie w nim coś więcej niż tylko nowe ściany z betonu, szkła i metalu.

– Dziś nie doceniamy emocji. One chyba zawsze towarzyszyły człowiekowi. Trzeba się im poddać. U mnie są niezawodne – stwierdza.

Tłumaczy, że jeśli on czuje w danej lokalizacji dobre emocje, to to musi po prostu wyjść. Nie trzeba tego w żaden sposób liczyć, sprawdzać, przeprowadzać analiz. On wie, że to się uda.

– Biznesplany to ja tylko czasami dla banków robię. Bo muszę. A jak coś nie idzie, to znaczy, że trzeba się lepiej wziąć do pracy – mówi.

W ten sposób z ruin z przeciekającym dachem, bez okien i z gnijącymi ścianami wydobył Zamek Biskupi w Janowie Podlaskim. Dziś to perełka polskiego hotelarstwa. Pięknie umiejscowiony na niewielkim wzniesieniu budynek lśni bielą jak kilkaset lat temu.

W Łodzi starą fabrykę papierosów przerobił na lofty i hotel Tobaco. W Łochowie na Podlasiu budynek, który mógłby spokojnie zagrać w dowolnym filmie o zrujnowanej powojennej Polsce, dziś jest przepięknym pałacykiem z folwarkiem i zabytkowym kościołem.

Teraz oczkiem w głowie Grochowskiego jest przebudowa cukrowni w Żninie. Kupił też dwór Uphagena w Gdańsku, a więzienie w Białymstoku chce przerobić na hostel. Od miesiąca w byłych koszarach w Górze Kalwarii działa już hotel. W sumie ma ponad 2000 pokojów w całym kraju. Za kilka lat ta liczba ma się podwoić.

Gdy pytam go o to jak czuje się człowiek, który nie miał niczego, musiał w wieku kilku lat pracować jako najemnik, a teraz jest jednym z najbogatszych Polaków, on tylko wybucha głośnym śmiechem.

– Mnie to w ogóle nie interesuje. Mało zarabiam, zresztą pieniędzy nie potrzebuję. Ubrania, zegarki, gadżety to nie dla mnie. Na szczęścia mam żonę, więc ona wie na co wydawać.– żartuje. Wtedy patrzę na ulotkę Arche. Spogląda z niej na mnie uśmiechnięty wąsaty mężczyzna w białej koszuli i czarnej marynarce. Dokładnie tej samej, którą Grochowski ma w tej chwili na sobie. Tłumaczy, że żona w sklepie w Siedlcach kupiła mu komplet dziesięciu identycznych garniturów i białych koszul. Tyle mu wystarczy.

Co go nakręca? Praca. Od niedawna jest na emeryturze, dostaje 1700 zł. I to tylko dzięki temu, że przez parę lat był wójtem Trzebieszowa. Raz z tej funkcji go odwołano, bo nie chciał w urzędzie zatrudniać dzieci radnych. W kolejnych wyborach i tak wygrał w cuglach, bo mieszkańcy widzieli ilu inwestorów sprowadził do gminy leżącej miedzy Siedlcami a Białą Podlaską.

Za drugim razem zrezygnował sam, bo nie mógł już znieść politycznych wojenek wokół swojej osoby. W biznesie walczyć też jednak musiał o swoje, bo zarzucono mu rzekome wyłudzenia podatkowe. Przez konflikt z fiskusem niemal nie upadła, ale i tak Grochowski nie bał się wywalić jednego z urzędników ze swojego biura. Po prostu wziął go za ubranie i wyciągnął przed budynek.

– Cieszyłem się, gdy Tusk wydłużył wiek emerytalny. Szczerze współczuję ludziom, którzy czekają na emeryturę. Praca to musi być satysfakcja. Mówię nawet do swoich ludzi, że jak ktoś się ma zmuszać do przychodzenia, to niech nie przychodzi wcale – tłumaczy Grochowski.

Jemu się chce. Największym problemem jest już skala jego biznesu. Hotele ma już w całej Polsce, a ma zasadę, że śpi tylko w swoim domu na Podlasiu. W tym roku poza nim spał więc tylko… dwa razy, choć rocznie robi kilkadziesiąt tysięcy kilometrów samochodem.

Śmieje się, że ma już pomysł jak ten problem rozwiązać. Znajomy organizuje mu konkurs na sobowtóra. Ten kto go wygra, będzie objeżdżał część hoteli za niego. Grochowski żartuje, że wtedy pensje podniesie, bo ta, którą on pobiera, nie każdego usatysfakcjonuje.

– Ja nie pracuję dla wyniku. On jest raczej skutkiem mojej działalności, a nie powodem – stwierdza.

Share